Podczas nocnego rejsu 21 października 2026 roku, nad granicą rumuńsko-bułgarską, załoga rejsu do Larnaki linii Buzz dostrzegła na wysokości przelotowej nietypowe zjawisko świetlne. Doświadczony kapitan linii lotniczych zaobserwował stacjonarny obiekt w kształcie gigantycznej spirali, który wisiał nieruchomo nad chmurami. Mimo krótkiego czasu obserwacji, pilot zdołał uwiecznić tę zagadkową anomalię na zdjęciu.
Współczesne media wręcz huczą od doniesień o UFO, jednak rzeczywistość badacza tego fenomenu wygląda zupełnie inaczej – liczba nowych, wartościowych zgłoszeń, jakie trafiają bezpośrednio do ufologów, jest dziś znikoma. Skrzynki odbiorcze zalewają głównie relacje sprzed wielu lat lub hurtowe ilości nagrań przedstawiających mało ekscytujące, odległe punkty i rozmazane światła na niebie, które nie wnoszą do tematu niczego wartościowego. O wyraźnych zdjęciach czy filmach o dużej wartości dowodowej można zazwyczaj tylko pomarzyć. Tym większym, ogromnym zaskoczeniem była dla mnie relacja, która wpłynęła niedawno od pilota zawodowego. Co najważniejsze i niezwykle rzadkie, zaobserwowane przez niego zjawisko nie było tylko ulotnym wrażeniem – udało się je uwiecznić na fotografii.
Do takiego niezwykłego spotkania z czymś niewytłumaczalnym doszło nad granicą rumuńsko-bułgarską i stało się udziałem załogi komercyjnych linii lotniczych Buzz. Kapitan Jose Benjos Lopez (nazwisko zmienione na prośbę świadka), 42-letni doświadczony pilot, 21 października 2026 roku wykonywał nocny rejs „na pusto” z Wrocławia do Larnaki na Cyprze, skąd wspólnie z załogą miał przejąć opóźniony lot do Bergamo we Włoszech. Samolot Boeing 737-800 leciał spokojnie na wysokości przelotowej 36 tysięcy stóp, gdy około godziny 22:00 rutynowy przelot przerwało osobliwe zjawisko. Po lewej stronie maszyny, wysoko nad linią chmur, pilot dostrzegł gigantyczną, stacjonarną strukturę. Samolot znajdował się mniej więcej nad rumuńską miejscowością Aleksandria. Świadek relacjonował:
To była ogromna kondensacja światła, która swoim kształtem idealnie przypominała galaktykę spiralną z wyraźnym środkowym dyskiem i odchodzącymi od niego ramionami. Od tej środkowej kuli odchodziły pierścienie i koncentrycznie rozchodziły się wokół centralnego obiektu. Wokół było widać poświatę, czego nie udało mi się uchwycić na zdjęciu. Starałem się maksymalnie przybliżyć obiekt i jedno ze zdjęć wyszło mi na tyle wyraźnie, że widać cały obiekt. W mojej ocenie to coś miało około 500 metrów średnicy i wisiał nieruchomo jakieś 8 kilometrów nad ziemią. W pobliżu nie było innych samolotów w przestrzeni, więc nie mogliśmy tego potwierdzić drogą radiową, czy ktoś to jeszcze widział. Po 2 – 3 minutach przestaliśmy to obserwować. Musieliśmy się już zniżać.
Kapitan Lopez szacował, że od anomalii dzielił ich dystans zaledwie 5 do 6 kilometrów. Zafascynowany widokiem chwycił za aparat, by uwiecznić to zdarzenie. Zdołałem zrobić kilka zdjęć, ale warunki były trudne i tylko jedno z nich wyszło naprawdę wyraźnie – relacjonuje pilot. Świadkiem całego zajścia był również pierwszy oficer, który z równym niedowierzaniem obserwował świetlną spiralę. Choć widok był hipnotyzujący, piloci nie zdecydowali się na kontakt z ATC w celu weryfikacji radarowej. „W pewnym momencie musiałem po prostu przerwać obserwację, ponieważ zbliżaliśmy się do punktu, w którym należało rozpocząć procedurę zniżania do lądowania. Obowiązki w kokpicie wzięły górę” – tłumaczy Lopez. Mimo mrożącego krew w żyłach spotkania z nieznanym, dalsza część lotu oraz późniejszy rejs do Bergamo przebiegły całkowicie spokojnie i bez jakichkolwiek zakłóceń technicznych.
Co właściwie uchwycił aparat Lopeza? Na fotografii widać wydłużony kształt, nachylony ukośnie do kadru. Jego środek jest najjaśniejszy, a brzegi rozmyte, jakby światło rozciągało się w smugi. Jasne centrum i rozciągnięte kontury mogą wynikać z nieostrości, poruszania się aparatu i odbicia światła na szybie kokpitu. Choć tutaj mamy potwierdzenie ze strony świadka, że to rozmycie było widoczne gołym okiem.
Czy był to zatem balon meteorologiczny, czy może jedynie światła odbijające się od chmur? Trudno to jednoznacznie wyrokować, choć relacja doświadczonego pilota rzuca na całą sprawę zupełnie nowe światło.
Czy był to balon albo światła odbijające się na chmurach? Trudno wyrokować. Kapitan Jose Lopez to doświadczony pilot, którego wysokie umiejętności oceny różnych zjawisk w przestrzeni powietrznej nie wystarczyły jednak, by racjonalnie wytłumaczyć olbrzymią masę światła, jaka zamanifestowała się najprawdopodobniej gdzieś w okolicach rumuńskiej miejscowości Aleksandrii.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz